Archive for the ‘Archiwa z Prasy Jarmarku’ Category

Skrzydlaty prezent

Wednesday, July 24th, 2002

Polscy hodowcy gołębi pocztowych postanowili uczcić niedawne 82 urodziny Jana Pawła II specjalnym lotem gołębi z Watykanu. Wypuszczono je z Wiecznego Miasta wczoraj rano, wróciły późnym wieczorem. W rejonie pszczyńskim gołębie hoduje około 500 hobbystów. Mniej więcej tyle ptaków wysłano na ,papieski” lot.

- Jak przed każdym zagranicznym lotem mieliśmy sporo zajęć. Każdy gołąb np. musiał mieć świadectwo zdrowia i zostać poddany odprawie celnej. Odwoziliśmy je w zeszły czwartek do Chorzowa, skąd odjeżdżały do Rzymu specjalnym, klimatyzowanym transportem – mówi Zbigniew Mola, hodowca z Goczałkowic.

Pan Zbigniew wysłał trójkę swoich trzyletnich gołębi. Z Watykanu miano je wypuścić wczoraj o piątej rano. Licząc, że przeciętna szybkość lotu wynosi 60 kilometrów na godzinę, powinny one były się zjawić w swoich gołębnikach wczorajszego wieczora, po godzinie 21.

Autor artykułu: (plus)

Żubry na ekranie

Wednesday, July 24th, 2002

Wczoraj na żubrowisku powstawały zdjęcia do cyklu “Bliżej natury” TVP Katowice. Efekty pracy ekipy telewizyjnej zobaczymy 3 sierpnia o godz. 18.20.

Na ekranie pojawi się stado pszczyńskich żubrów, wystąpią nadleśniczy Romuald Jurzykowski oraz Wojciech Tęsiorowski.

Usłyszymy opowieści o życiu żubrów, historii pszczyńskiego stada, idei rezerwatu…

Autor artykułu: (jol)

Beton aptekarski

Wednesday, July 24th, 2002

W komputerze Andrzeja Siudego, kierownika goczałkowickiej zapory, można zobaczyć zdjęcie, na którym pracownik jednej z firm remontujących zbiornik wykuwa w betonowym filarze wnękę. Narzędzie, które trzyma w ręku, jest niewiele grubsze od ołówka, a jego końcówka ma średnicę półmilimetrową. Jego skuteczność jest taka sama jak świdra pneumatycznego, a dla posługującego się nim człowieka z pewnością większy komfort pracy. Ów przyrząd to lanca wodna, z której strumień wody wylatujący pod ciśnieniem 1,5 atmosfery wchodzi w beton jak w masło. W wykutych wnękach zostaną zamontowane prowadnice do zasuw remontowych.

Prowadzony od zeszłego roku remont goczałkowickiej zapory to ogromne i żmudne przedsięwzięcie. Od jesieni trwa np. przegląd betonowych płyt na wale stanowiącym czoło zapory.

- Cała powierzchnia skarpy odwodnej ma ponad 50 tysięcy metrów kwadratowych. Każda płyta ma swoje ,imię” składające się z trzech danych. Np. 4/97/6 oznacza, że jest to sektor czwarty, pole 97 i szósta płyta. Firma odpowiedzialna za remont skarpy musi dokładnie skontrolować każdą taką płytę i zadecydować czy i jaki rodzaj naprawy jest jej potrzebny. Niektóre trzymają się znakomicie, słabe trzeba wyciąć i wylać na nowo, jeszcze inne kleić specjalnymi spoiwami – objaśnia Andrzej Siudy.

Jesienią i zimą ekipy nurków zajmowały się płytami znajdującymi się poniżej lustra wody. Obecnie prowadzone są prace na wyższych partiach skarpy. Beton, z jakiego wykonano płyty prawie pół wieku temu, trzyma się w większości miejsc nadzwyczaj dobrze. Kiedy obecnie szukano betonu o podobnych parametrach, okazało się, że potrafi go zrobić jedynie wytwórnia w Rybarzowicach pod Bielskiem.

- To prawie aptekarska robota – mówi z uznaniem A. Siudy.

Autor artykułu: (plus)

Dlaczego mamy tonąć?

Monday, July 22nd, 2002

Wszyscy wiedzą, że póki nie powstanie zbiornik w Raciborzu, wezbrane wody Odry trzeba będzie rozlać po drodze, nim zatopią Wrocław. Mieszkańcy opolskich wsi nie chcą jednak tonąć za miastowych, a jeśli już – to nie za darmo.
Wojewódzki Zarząd Melioracji i Urządzeń Wodnych w Opolu skarży się na coraz trudniejsze negocjacje z właścicielami działek nad Odrą. Kilka lat temu, na etapie wstępnych uzgodnień, zaakceptowali fakt, że muszą oddać pola na rzecz przeciwpowodziowych inwestycji. Teraz jednak zaczynają się targować, żądają wyższych cen albo zamiany działki na inną, rolniczo równie atrakcyjną. W gminie Cisek kilkanaście osób odmówiło podpisania umów użyczenia gruntów.

- To nie jest zła wola, w wielu przypadkach chodzi o działki, których właściciele są w Niemczech i trudno do nich dotrzeć. Ale są też rolnicy, którzy nie chcą na tej operacji stracić. I ja ich rozumiem – tłumaczy wójt Alojzy Parys.

Jednym z opornych jest Olgierd Dembończyk z Kobylic, którego rodzina gospodaruje tu od pokoleń, choć Odra regularnie zalewa pola i dom. Na ścianie stodoły zaznaczono poziom wody w roku 1903, 1985 i ? wysoko nad głową – w 1997 roku.

- Nie podpisałem umowy, bo straciłbym 5 hektarów pola. To dla mnie za dużo, mam trochę ponad 20, a jak wejdziemy do Unii, to muszę mieć 15, żeby ziemię dokupić – kalkuluje Dembończyk.

Tak samo rozumują rolnicy z podopolskiej gminy Prószków. W 1997 roku Odra przerwała wał w Boguszycach i płynąc ich polami zalała całe Zaodrze. Dziś Zaodrze jest bardzo dobrze chronione, a im rzeka grozi dalej. I będzie grozić zawsze, bo w planach zabezpieczenia Odry, Winów, Chrzowice, Folwark, Boguszyce, Źlinice i Zimnice Małe traktowane są jako Polder Opole, który ma przyjąć i zatrzymać 23 miliony metrów sześciennych wody. Plan jest taki: rzeka zaleje pola, ale same wioski będą chronione przez tak zwane wały opaskowe. Na razie tych wałów jednak nie ma i raczej długo nie będzie, bo władze gminy Prószków odmówiły naniesienia stosownych poprawek do swojego planu zagospodarowania przestrzennego.

- To inwestycja rządowa, dlaczego my mamy za to płacić? – pyta wójt Prószkowa Bernard Lellek.

W istocie nie chodzi jednak o 100 tysięcy złotych na poprawienie planu, ale o kwestię odszkodowań dla zagrożonych wodą rolników. Naodrzańskie mady, które miałyby zostać zalane, to świetne ziemie, na których rolnicy uprawiają dziś pszenicę i buraki. Jeśli jednak plany zostaną zmienione, a ich pola formalnie uznane za polder, to będą siali na własne ryzyko, bo zgodnie z przepisami, na polderach mogą występować jedynie użytki zielone. Rolnik może oczywiście pszenicą posiać, ale nikt mu jej nie ubezpieczy, a i rząd odszkodowania nie da.

- Ludzie straciliby 1.500 hektarów najlepszych pól. Nie pójdą na to, bo kto dziś się zadowala łąką i krową? – pyta retorycznie Lellek.

Lokalne władze, idąc rolnikom na rękę, blokują więc budowę wałów opaskowych, chcąc wymusić korzystne dla mieszkańców regulacje w sprawie odszkodowań. Jest to zrozumiałe, ale szalenie ryzykowne, bo gdyby dziś przyszła wielka woda, to zalałaby nie tylko pszenicę, ale i domy. Wójt Lellek twierdzi jednak, że dopóki nie ma formalnie ustanowionego polderu, przewał w wale chroniącym Zaodrze zostanie wypełniony workami z piaskiem i wsie będą bronione tak jak miasto. Jest to jednak chyba optymizm na wyrost – gdyby rzeka naprawdę zagroziła Zaodrzu, to władze najprawdopodobniej skierowałyby wodę na teren Polderu Opole, by zminimalizować straty.

Autor artykułu: MAREK ŚWIERCZ

Jak Niemiec, Polak i śląscy kameraliści przypadli sobie do serca

Monday, July 22nd, 2002

Śląska Orkiestra Kameralna kończy dziś drugą część, rozpoczętego w czerwcu, tournee po Niemczech. Zespół dwukrotnie jechał do Niemiec na zaproszenie jednego z najlepszych obecnie pianistów młodego pokolenia, Christopha Soldana, który gościł w sali Filharmonii Śląskiej kilka miesięcy temu i jak widać współmuzykowanie ze śląskimi kameralistami przypadło mu do serca. W programach czterech koncertów pod batutą Pawła Przytockiego znalazły się dzieła Feliksa Mendelssohna (X Symfonia h-moll), Wolfganga Amadeusza Mozarta (Koncerty fortepianowe KV 415 i KV 537, Eine kleine Nachtmusik KV 525 i Symfonia C-dur Linzka KV 425) oraz Franciszka Schuberta (Śmierć i dziewczyna).

35-letni Christoph Soldan studiował w klasie prof. Elizy Hansen i Christopha Eschenbacha w hamburskiej Musikhochschule. Jego międzynarodowa kariera rozpoczęła się od momentu, kiedy w roku 1989 wziął udział w tournÝe z Leonardem Bernsteinem. Od tego czasu pianista wystąpił już z wieloma renomowanymi orkiestrami w Europie. Najczęściej współpracuje jednak z orkiestrami kameralnymi, co zaowocowało nagraniem kompletu koncertów fortepianowych Wolfganga Amadeusza Mozarta na płyty CD. Występował z recitalami w Japonii oraz w Meksyku i innych krajach Ameryki. W sierpniu 1998 roku zadebiutował w Salzburgu i w Sali Kameralnej filharmoników berlińskich, a w maju 1999 roku – w lipskim Gewandhausie. W mijającym sezonie występował w Niemczech, Polsce, Austrii, Hiszpanii, Francji i w USA.

Ostatnio pianista bardzo często współpracuje z polskim dyrygentem Pawłem Przytockim, który jest absolwentem Akademii Muzycznej w Krakowie (1985) w klasie dyrygentury J. Katlewicza. Po studiach uczestniczył w kursie mistrzowskim H. Rillinga podczas festiwalu Oregon Bach w USA, był stypendystą Bachakademie w Stuttgarcie.
Współpracował z filharmoniami krakowską, łódzką i tamtejszym Teatrem Wielkim. W 1990 zadebiutował na estradzie Filharmonii Narodowej a dwa lata później na scenie stołecznego Teatru Wielkiego. W latach 1988-91 był I dyrygentem, a także dyrektorem artystycznym Filharmonii Bałtyckiej w Gdańsku. Współpracuje z orkiestrą Sinfonia Varsovia. Występował m.in. na Węgrzech, w Meksyku, Hiszpanii, Słowacji, Niemczech, Grecji, Belgii, Holandii, Francji, Austrii, Szwajcarii i USA, nagrywał zaś m.in. z katowicką NOSPR.

Wiele pochwał zbierali ostatnio katowiccy filharmonicy, zarówno podczas występów w kraju, jak i za granicą. Także wspólne występy Christopha Soldana, Pawła Przytockiego i Śląskiej Orkiestry Kameralnej w Bawarii zostały przez publiczność i krytyków bardzo dobrze, żywiołowo wręcz przyjęte. Gratulujemy, tym goręcej, że powtórzy się muzykowanie w tym składzie na terenie Niemiec jeszcze we wrześniu i w sylwestra.

Autor artykułu: (mars)

Jerzy Stuhr gwiazdą “Jurajskiego Lata”

Monday, July 22nd, 2002

Rekordowa liczba kinomanów pojawiła się w sobotę na IV Jurajskim Lecie Filmowym. Organizatorzy, czyli Urząd Gminy Janów i hotel “Kmicic” szacują, że na “Duże zwierzę” w reżyserii Jerzego Stuhra i z jego udziałem przyszło około 10 tysięcy widzów. Zadziwiło to nawet samego aktora, który przed projekcją spotkał się z publicznością. – Mógłbym chyba wystartować w wyborach prezydenckich – zażartował Jerzy Stuhr patrząc na zgromadzony i wiwatujący na jego cześć tłum. ” Kiedy tu jechałem, myślałem, że ludzie jadą na jakiś festyn, przy okazji którego odbędzie się jakieś kameralne spotkanie z amatorami kina. A tu wszyscy na film.

Jerzy Stuhr przez kilkadziesiąt minut składał autografy wszystkim chętnym. Nie odmówił nawet wpisu do dowodu osobistego (starego typu). W odpowiedzi publiczność zgotowała aktorowi i reżyserowi kilkuminutową owację na stojąco po zakończeniu filmu.

Autor artykułu: (zab)

Taaakie ryby!

Friday, July 19th, 2002

Konkurs na największą ilość (liczonych w kilogramach) złowionych ryb odbył się w minioną niedzielę na zbiorniku “Szachta”. Najmłodszy wędkarz miał 11 lat. Główną nagrodę zdobył wytrawny wodzisławski wędkarz, Władysław Wenerski, który złowił w sumie 2,8 kilograma ryb. Tuż za jego plecami uplasował się Tomasz Wieczorek, którego zdobycz ważyła w sumie 2,4 kilograma. O dwadzieścia deko mniej ryb złapał na wędkę zdobywca trzeciego miejsca, Jacek Topisz.

Konkurs rozpoczął się o godzinie 9 rano i trwał do południa. Po zawodach wędkarze raczyli się kiełbaskami z grilla i napojami chłodzącymi. Sponsorem imprezy było Starostwo Powiatowe w Wodzisławiu Śląskim, a organizatorem wodzisławskie Koło nr 62 Polskiego Związku Wędkarskiego. Wszyscy uczestnicy niedzielnych zawodów musieli się wylegitymować aktualną kartą wędkarską i opłaconymi składkami.

- Dokumenty te nie są potrzebne tylko w Dzień Dziecka – mówi Andrzej Leszczyński. – Wtedy bowiem nad wodę przychodzą dzieci do lat 15 i wszystkie mogą wędkować bez żadnych przeszkód.

Co roku członkowie Koła nr 62 PZW w Wodzisławiu uczestniczą w kilku ważnych konkursach wędkarskich m.in. o puchar starosty, o puchar prezydenta miasta oraz na rozpoczęcie i zakończenie sezonu. Należą do nich m.in. zawody “Olza”, w których startują zarówno “moczykije” polscy, jak i czescy pasjonaci łowienia ryb. Odbywają się także zawody międzyszkolne .

Prezesem koła nr 62 Polskiego Związku Wędkarskiego jest Mieczysław Markwa, a jego zastępcą Zdzisław Żołędziowski. W zarządzie zasiadają też Krzysztof Szeremeta (skarbnik), Andrzej Leszczyński (opiekun młodzieży wędkarskiej), Tadeusz Szyja (kapitan sportowy), Tadeusz Wróbel (gospodarz koła), Krzysztof Piowowarczyk (komendant straży rybackiej), Stanisław Rakowski (rzecznik dyscyplinarny) oraz Kazimierz Roga z komisji egzaminacyjnej.
Obecnie młodzi podopieczni Koła nr 62 przebywają w czeskiej Karwinie na obozie wędkarskim. W niedzielę wracają do Wodzisławia w towarzystwie czeskich hobbystów. Drugi tydzień obozu młodzi zapaleńcy z obu krajów spędzą na wodzisławskiej Rybaczówce, która jest siedzibą koła.

Autor artykułu: IZA SALAMON

Alternatywą byłyby zwolnienia

Friday, July 19th, 2002

Od 29 lipca do 2 września potrwa tegoroczna przerwa remontowa w Fiat Auto Poland. Choć przerwa jest ogłaszana co roku, to jednak tegoroczna została wydłużona.

- Jest to związane ze złą sytuacją koncernu, który zamierza zwolnić we Włoszech trzy tysiące pracowników. W tym roku do przerwy remontowej wliczono również bezpłatne urlopy pracowników. Chodzi o trzy dni w lipcu oraz dwa w sierpniu – mówi Franciszek Gierot, przewodniczący WZZ “Sierpień 80″.

Już wcześniej firma pracowała na zwolnionych obrotach. Chodzi o postoje, które rozpoczęły się w lutym, ale kilkudniowe przerwy trwają regularnie od maja.

- Był to pierwszy miesiąc kiedy przestój trwał dziesięć dni, podobnie było w czerwcu. W lipcu FAP stał już pięć dni. Na pewno jest to lepsze rozwiązanie niż zwolnienia grupowe, które groziły załodze. Szczególnie, że wcześniej wynegocjowaliśmy układ zbiorowy gwarantujący za dni postojowe 90 procent wynagrodzenia – mówi przewodniczący Sierpnia. Sytuacja w Fiacie ma także wpływ na kondycję firm kooperujących, w szczególności dotyczy to spółki Sistema Poland.

11 lipca odbyło się spotkanie dyrekcji ze związkowcami. Podczas spotkanie przedstawiona została propozycja wysłania załogi na dziesięciodniowy urlop bezpłatny z podziałem na dwa terminy: pięć dni do końca września i kolejne do końca roku.

- Poinformowano nas również o możliwości zredukowania załogi. Siedmiu pracowników miałoby odejść z zakładu w Bielsku, a 23 z Tychów. Nie podano jednak żadnych konkretów – mówi Piotr Lipowski, przewodniczący WZZ “Sierpień 80″ w Sistema Poland.

Związkowcy z Sierpnia uważają, że są to kolejne oszczędności wprowadzane kosztem załogi.

- Wielu pracowników jest w takiej sytuacji, że nie stać ich na urlop bezpłatny. Dlatego nie godzimy się na takie rozwiązanie. Pracownicy muszą jednak sami zadecydować, a dyrekcja zapewniła nas, że nie będzie stosowała żadnych sankcji wobec osób, które nie pójdą na urlopy bezpłatne – informuje Piotr Lipowski.

Autor artykułu: (bj)

Dramatyczne lato

Friday, July 19th, 2002

Mieszkańcy powiatu wodzisławskiego do dziś pamiętają wydarzenia z lipca 1997 roku. Choć wielka powódź dotknęła przede wszystkim sąsiednią Raciborszczyznę, wyrządziła też sporo strat w powiecie wodzisławskim. – Rozpocząłem służbę 6 lipca rano. Wody w rzekach zaczęły gwałtownie wzbierać. Nasi strażacy pełnili służbę nad Olzą i Odrą. Wały zaczęły przesiąkać następnego dnia rano. O godzinie 8 poziom wody na rzece w Bukowie wynosił już 8,1 metra. Później na wodowskazie zabrakło skali – wspomina aspirant sztabowy Marek Misiura, zastępca komendanta wodzisławskiej straży pożarnej.

Fala zalała między innymi gminę Lubomia. Pod wodą znalazła się prawie cała dolina, w sumie ponad 1200 hektarów. Kataklizm najbardziej dotknął miejscowości Buków, Ligota Tworkowska i Nieboczowy. Nieżyjący już były wójt Lubomi Andrzej Osiecki na początku swego urzędowania żartował, że chyba nigdy nie będzie musiał używać pieczątki szefa komitetu przeciwpowodziowego. Od 1997 roku musiał jej używać wielokrotnie.

Pierwsze dni powodzi były najbardziej dramatyczne. Strażacy do dziś wspominają wydarzenia, które rozegrały się 8 lipca w Kamieniu. Woda zalała domy. Wszyscy mieszkańcy pamiętają czarne chmury na niebie, z których bez przerwy lał się deszcz.

- Otrzymaliśmy informację, że w jednym z domów znajduje się człowiek, który doznał zawał serca. Wsiedliśmy do łodzi, gdyż inaczej nie można było tam dotrzeć. Gdy w końcu dopłynęliśmy na miejsce, okazało się, że był to fałszywy alarm. Mieszkańcy byli cali i zdrowi – opowiadają strażacy.
Wydarzenia sprzed pięciu lat doskonale pamięta ksiądz Bernard Macioń, proboszcz parafii pw. św. Józefa Robotnika w niewielkiej miejscowości Nieboczowy. – Parafianie do końca nie chcieli zostawić swojego dobytku. Próbowali walczyć z żywiołem. Niestety bezskutecznie – wspomina duchowny. Wielka woda niemal doszczętnie zalała miejscowość, wdarła się też do kościoła.

Najgorzej było, gdy woda zaczęła opadać. Czyszczono zalane domy, ulice. Usuwano padnięte bydło. Podawano szczepionki mieszkańcom oraz członkom służb ratowniczych, aby nie doszło do epidemii. Społeczności Nieboczów pomagali między innymi działacze Franciszkańskiego Zakonu Świeckich.

- Dopiero 3 sierpnia zdecydowaliśmy o zakończeniu akcji w powiecie wodzisławskim. W tym czasie wypompowaliśmy wodę z 2,3 tys. obiektów. To była bardzo długa akcja, trwająca prawie miesiąc… – mówi asp. sztabowy Marek Misiura. Mieszkańcy Lubomi szybko uporali się ze skutkami kataklizmu. Dziś nie żyją już tamtymi wydarzeniami. Są jednak lepiej przygotowani do obrony swojego dobytku. Sporo zmieniło się też w wyposażeniu jednostek ochotniczych straży pożarnych. Strażacy posiadają odpowiedni sprzęt, m.in. agregaty prądotwórcze, przenośne punkty oświetleniowe i łodzie. Tego wszystkiego bardzo brakowało im w 1997 roku.

Autor artykułu: ADRIAN KARPETA, MARCIN KASPRZYK

Podczas wakacji liczba bezpańskich zwierząt wzrasta o 80 procent

Thursday, July 18th, 2002

Jak zwykle podczas wakacji przybywa mieszkańców w Schronisku dla Bezdomnych Zwierząt w Rybniku. Nie funkcjonuje tu już nawet hotel dla zwierząt, ponieważ wszystkie miejsca zajmują bezpańskie psy i koty. – Obecnie mamy 225 psów i 34 koty. Jest też jedna sowa z chorym skrzydłem na kuracji – mówi Piotr Plucik, kierownik schroniska. – Naszym podstawowym zadaniem jest opieka nad bezdomnymi zwierzętami, nie możemy więc ich kosztem uruchomić hotelu.

Koszty utrzymania schroniska są olbrzymie, za ubiegły rok instytucja przyniosła straty w wysokości 63 tys. zł. Pokryła ją ze swoich środków Rolnicza Spółdzielnia Produkcyjna, na której terenie znajduje się schronisko. – Umowę na zajmowanie się bezdomnymi zwierzętami podpisaliśmy z kilkunastoma gminami w okolicy. Przychody z tego tytułu pokrywają około 65 procent zapotrzebowania. O resztę środków musimy zatroszczyć się sami, dlatego ciągle szukamy sponsorów – mówi Piotr Plucik.

Bardzo dużo kosztuje utrzymanie samochodów, które codziennie przemierzają setki kilometrów i dowożą do schroniska psy i koty. Coraz częściej trafiają tu też zwierzęta leśne, którymi w zasadzie schronisko nie powinno się zajmować. – Ale co zrobić, gdy o 2 w nocy policja informuje nas, że na drodze leży ranna sarna? – pyta kierownik. – Zabieramy ją i leczymy. Próbowaliśmy rozmawiać o tym z nadleśnictwem, ale bez skutku.

Pracownicy schroniska jak nikt inny wiedzą, jak bardzo ludzie potrafią skrzywdzić zwierzę. Często bywają świadkami żałosnej postawy właścicieli czworonogów, którym znudził się ukochany pupil. Nie chcą płacić kilku złotych za pozostawienie psa w schronisku, przychodzą więc i opowiadają, że to nie ich zwierzę. – Twierdzą, że pies się przybłąkał, tymczasem na pierwszy rzut oka widać, że po prostu chcą się go pozbyć – ubolewa kierownik.

Na szczęście często też przychodzą ludzie, którzy zgubili gdzieś swojego psa i ze łzami w oczach dziękują za jego przetrzymanie. Bardzo dużo osób przychodzi też do schroniska żeby “adoptować” bezpańskie zwierzęta. Są takie dni, że od rana zjawiają się chętni po psy. Kierownik mówi, że przyjeżdżają tu ludzie nawet z Gliwic, Mikołowa czy Tychów, którzy bliżej mają do innych schronisk. Być może powodem są dobre warunki, które mają psy w rybnickim schronisku. Wszystkie są zadbane, czyste, zaszczepione. Codziennie wychodzą na spacery. W wykonywaniu obowiązków pracownikom bardzo pomagają wolontariusze.

Psa ze schroniska w Rybniku można zabrać codziennie. Pracownicy czekają od poniedziałku do piątku w godz. 7-12, a w soboty i niedziele od 7 do 12.

Autor artykułu: KARINA SIERADZKA